E-opowiadania

Ocena użytkowników:  / 1
SłabyŚwietny 

Samotne spacery w okresie jesienno-zimowym to dla mnie moment, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie muszą kojarzyć się z depresyjnymi wyjściami, włóczeniem się bez celu dla zabicia czasu. Nic z tych rzeczy, dla mnie to chwila spokoju, moment na to, żeby usiąść na ławce i przeczytać kilka stron dobrej książki. Zabieram też swoją lustrzankę, dzięki której praktycznie z każdej pieszej wycieczki zachowuję jakąś pamiątkę.

Nie inaczej było teraz, gdy usiadłem na swojej ulubionej ławce i przyglądałem się temu, co dzieje się wokół mnie. Pogoda była piękna, więc wiele osób skorzystało z możliwości przejścia się na spacer. Wyjąłem aparat i zacząłem robić zdjęcia. Opadające liście, blask słońca, to wszystko dawało fantastyczny efekt. Nieopodal mnie mieścił się trawnik, który był idealnym miejscem dla rosłych psów ganiających za wszelkiego rodzaju patykami, piłeczkami. Upodobałem sobie pięknego labradora, który biegał szalenie zadowolony od dłuższego czasu. Zaczepiał inne psy i ich właścicieli, ale nie dostrzegałem właściciela absorbującego moją uwagę zwierzęcia. Postanowiłem zainteresować się losem tego psa. Podszedłem i wyciągnąłem do niego rękę, którą zachowawczo polizał. Po chwili zamerdał ogonem i zapragnął, abym go pogłaskał. Nie musiał długo prosić, uwielbiam zwierzęta. Pocierając go za uchem dostrzegłem jakieś dziwne zadrapanie, a na dłoni ujrzałem ślad krwi. Zaniepokoiłem się, a po chwili labrador zaczął przeraźliwie szczekać. Stojące nieopodal mnie osoby zwróciły też na to uwagę, ale były przekonane, że to ja jestem właścicielem psa. Sympatyczny labrador zaczął ciągnąć mnie za rękaw, jakby chciał mi coś pokazać. W tym całym zamieszaniu uległem mu i zacząłem za nim iść, a po chwili biec. Miałem złe przeczucie.
To nie była krótka pogoń, a sprint trwający pięć minut, powodujący u mnie zadyszkę. Zapomniałem o słońcu, kiedy trafiłem w bardziej ponure miejsce parku. Gęste zarośla przysłaniały piękno tego miejsca. Pies w końcu zatrzymał się, dalej ujadając nad samym brzegiem niewielkiej skarpy. Stanąłem na jej krańcu i spojrzałem w dół. Zobaczyłem nieprzytomną kobietę, która nie dawała żadnych znaków życia, a nieopodal niej leżała zerwana smycz. Szybko zbiegłem na dół, aby udzielić pomocy nieznajomej. Labrador sparaliżowany wysokością pozostał w bezruchu dalej szczekając. Pochyliłem się i zobaczyłem blondynkę opatuloną szalem i czapką z pomponem. Miała rozcięty łuk brwiowy, co było efektem upadku. Jej słabo wyczuwalny puls poinformował mnie, że jeszcze nie jest za późno. Wziąłem telefon komórkowy i zadzwoniłem po pomoc. Opisałem miejsce jak najdokładniej mogłem, ale postanowiłem zabrać kobietę w bardziej dostępne miejsce dla przyjazdu karetki.
- Halo! Słyszysz mnie? Mam na imię Piotr i przyprowadził mnie twój pies, co się stało? – próbowałem nawiązać kontakt, lekko potrząsając dziewczyną, ale bez rezultatu.
Nie mogłem się dłużej zastanawiać, postanowiłem udzielić jej pierwszej pomocy. Po chwili zaczęła się poruszać. Efekt mnie zaskoczył, jednak szkolenia bhp w pracy na coś się przydały. Otworzyła oczy i była bardzo zaskoczona.